
przyszla nie wiadomo skad. prawdopodobnie od sasiadow:) wpada na chwile, zeby sie najesc i troche poprzeciagac. jest sliczna.

i w ciazy
i mamy jednak z lwem nadzieje, ze MA jakis dom, a nas tylko odwiedza. bo mnie juz nie ma na wyspie, a lev wyjezdza tez za dni pare. nie moze wziasc ze soba kotki w ciazy... raczej:))
nastapila wymiana flatmate'a. zamiast mnie jest w domu jeden z mlodych lviatek. ten starszy. ja juz (z niezupelnie czystym sumieniem, bo zostawilam swojego chlopaka z tym calym balaganem samego) relaksuje sie w stolycy.
jak zwykle uroczo.
centrum rozkopane, jakby czolgi przejechaly.
w moim hotelu jest remont (swietnie, normalnie jak w domu, bo w londynie za oknem tez mialam remont). juz sie zaopatrzylam w zatyczki do uszu.
no i wlasnie wrocilam z kina z moich najpiekniejszych, ukochanych piratow z karaibow. cudny. poprosze nastepna czesc:))))
jutro koncert apteki, ale sie chyba nie skusze, no nie wiem...
ide poogladac polska telewizje.
cmok
3 comments:
śliczna :)
i zostaniesz tu juz tak na stale?:) mi:)
kreska: no wlasnie!
mi:) nie no co ty, warszawe juz przerabialam i mam nadzieje, ze nie bede musiala tego robic po raz kolejny:)
Post a Comment