Wednesday, October 17, 2007

osiolkowi w zloby dano

moja wielomiesieczna walka o komfortowe pisanie bloga rozpoczela sie w momencie, kiedy skuszona wizja dizajnerskiego i niezawodnego komputera zamienialam peceta na maca. onet nie jest przystosowany do takich zachcianek, wiec z bolem w sercu zalozylam nowe karty swojego pamietniczka na www.blogger.com, ktory jakoby byl niezalezny od uwarunkowan systemowych. wierutne bzdury... naprawde brakowalo mi mozliwosci porannego przegladu minionego dnia (i nocy), ale nie mialam sily za kazdym razem walczyc z przeciwnosciami, jakie nasylal na mnie system macintosh. a teraz dzieki genialnemu malemu108 mam dwa systemy na jednym dizajnerskim jabluszku:) i co? i na windowsie doskonale dzialaja obydwa blogi - ten stary z onetu i ten nowy z bloggera. i co mam teraz zrobic? i ktory wybrac? moze dwa pisac? no chyba rzuce moneta... ps. to dopiero pierwszy dzien, wiec jeszcze wszystko sie moze zdarzyc:).... polecam zajrzec na stara stronke www.do-mi.blog.onet.pl, bo tam jakos lepiej ten post wyglada...

Tuesday, September 18, 2007

kocia historia

pamietacie historie rudej koteczki, ktora przychodzila odwiedzac nas w starym mieszkaniu (http://jest6rano.blogspot.com/2007/06/przyszla-nie-wiadomo-skad.html). byla w zaawansowanej ciazy i bardzo bylismy nieszczesliwi, ze z powodu wyjazdu do polski nie zobaczymy porodu i kociat. oczywiscie zolza wcale nie urodzila w domu tylko gdzies... jej teren, jej ogrodki i chyba tez czyjas byla, wiec nawet do glowy nam nie przyszlo, zeby ja zabierac na nowe smieci. marzenie o posiadaniu kotka nadal krazylo niesmialo pod sufitem w naszym nowym domu. i przyszla. ruda kitka. wspominalam o niej (http://jest6rano.blogspot.com/2007/09/dla-belli.html) oczywiscie okazalo sie, ze jest w ciazy :)))) cieszylismy sie strasznie, ze beda male kocieta piszczace i wlazace pod nogi i sikajace pod siebie. sama rozkosz. hippi (tak ma na imie) w ciagu dnia jeszcze szlajala sie po dachach, ale ze w nocy zimno to spala z nami w lozku. a wczoraj znikla. juz sie o nia martwilam, kiedy rano nie przyszla na sniadanie. czulam, co sie swieci. kolo drugiej pojawila sie, wyglodzona, miauczaca i... bez brzucha:(((( urodzila gdzies i nie wiadomo gdzie. cale popoludnie lazilismy po dachach, wlamalismy sie do czyjegos ogrodka i do dwoch zamknietych zakladow samochodowych. i nic. ktokolwiek widzial, ktokolwiek wie... ps. och i jeszcze to http://pl.youtube.com/watch?v=g5LsdEqSQO4 - cudne

Wednesday, September 12, 2007

tatuaze i szlafroki

tatuaz, jak wiadomo, jest oznaka niezaleznosci, doroslosci, u kobiet - kobiecosci, u mezczyzn zas - meskosci. a u chlopcow? to byla 2 nad ranem. radosni i dumni z nowego tatuazu karola postanowilismy uczcic to kolacja "na miescie" tzn. na sasiedniej ulicy. nasz nowy dom jest w swietnym miejscu. wszedzie jest blisko i po wszystko mozna wyskoczyc nawet w kapciach.albo w szlafroku:) tuz za rogiem jest znajoma nam juz turecka knajpa otwarta 24 godziny. w menu maja trzy dania glowne, jedna zupe i budyn na deser. nie potrzebowalismy niczego wiecej. jedzenie wydawalo nam sie smaczne, tylko w drodze powrotnej karol mial troche za duzo energi. tureckie danie, szlafrok i tatuaz to niebezpieczna mieszanka:)

Friday, September 07, 2007

dla belli

isc, nie isc, isc, nie isc... niestety stety mam taka mozliwosc, ze czasami moge nie isc dopracy, jak mi sie nie chce. no ale wtedy nie zarobie. a na glowie te wszystkie kredyty, pozyczki, zobowiazania. i jeszcze remont. i chlopakow trzeba karmic. i zwierzaka. (jak sie tylko przeprowadzilismy, zaczela przychodzic do nas nowa kotka i juz jest troche osfojona. odrobaczona, odpchlona, odkarmiona. pol dzika i nie sypia u nas. mieszka na dachu warsztatu samochodowego. ruda dziunka ze starego mieszkania przychodzi teraz do nowych mieszkancow, naszych znajomych zreszta, takze luz.) no a wracajac do pracy, to kasa kasa wiadomo, ale jak tak pracuje co noc to juz mi nic z zycia nie zostaje. leze potem caly dzien w lozku, zbyt zmeczona, zeby robic cokolwiek i patrze jak slonce powoli przesuwa sie ku zachodowi. kiedy sie w koncu zwlekam z lozka i wychodze do pracy, po slonecznym dniu pozostaje tylko zapach rozgrzanego powietrza. wiec chyba dzisiaj nie pojde. moze uda mi sie nawet rozwiesic to pranie, ktore czeka od dwoch dni w pralce. chyba bede je musiala uprac ponownie. moze upieke jakies ciasto. i na pewno obejrze sobie ojca chrzestnego dwojke, a moze nawet i trojke:) moja rozrywka i relaksem jest czytanie. gmerajac reka na polodze przy lozku, gdzie lezy sterta ksiazek, ciuchow i kosmetykow (boze, kiedy ja to posprzatam) znalazlam jedna z tych ksiazek, ktore przy pierwszym spotkaniu niezbyt mnie wciagnely. zawsze takie ksiazki odkladam na emergency time, kiedy wszystkie inne mi sie skoncza i bede zmuszona je przeczytac:) i okazalo sie, nie po raz pierwszy zreszta, ze tamten czas to nie byl czas na ta ksiazke, a ten dzisiejszy jak najbardziej. przeczytalam ja calutka (nie jest gruba, a szkoda) ryczac raczej czesciej niz rzadziej, bo naprawde jest piekna i wzruszajaca, i madra i zabawna. i prawdziwa. skonczylam ja czytac i od razu zaczelam znowu. od poczatku:) ale nie, za duzo pamietam, musze ja troszke zapomniec i dopiero wtedy jeszcze raz. "zycie na trzy psy" abigail thomas a wczesniej (znaczy w tym tygodniu) przeczytalam "katedre w barcelonie". piekna tez. i gruba. naprawde mozna sie nasycic. zostala mi jeszcze jedna gruba po polsku "francuski na kazdy sezon" i, prosze panstwa, zaczelam niechcacy czytac po angielsku, co jest naprawde powaznym krokiem na mojej drodze poslugiwania sie tym jezykiem, biorac pod uwage fakt, ze jak tu przyjechalam trzy i pol roku temu, to ni w zab angielskiego. a do szkoly chodzilam moze z miesiac. takze jest jakis postep. postep jest rowniez w odswiezaniu mieszkania, w ktorej to akcji kompletnie nie biore udzialu. sie nie dotykam. ja gotuje. i zmywam. malowanie scian mnie jakos nie ciagnie:) i co? zadowolona? ;)

Tuesday, September 04, 2007

w tym roku

jest wiele zmian. w lecie pada. w domu sa schody. a w pracy nic nowego...

Monday, August 06, 2007

po wakacjach wcale nie jest prosciej

szczegolnie, kiedy wjezdza sie do nowego (NASZEGO) mieszkania. pieknego. i ono potrzebuje mnostwo uwagi. i jeszcze nie mamy internetu. ale jak tylko bedziemy mieli opowiem wam, jak swietne byly te wakacje i jak piekne mamy mieszkanie:) a teraz moge zdradzic tylko, ze utylam z 7 kilo. shit:) ale co tam, seksapil nie zalezy od wagi, nie? nooo, moze 5

Wednesday, July 11, 2007

pakujemy...

o ja glupia, sie dalam namowic ukochanemu na powrot do londynu jeszcze przed wakacjami. a mialam sie juz tylko, siedzac u mamusi, relaksowac i przygotowywac do wakacji czyli machac nozka i pilowac paznokietki i z maseczka na twarzy ogladac wszystkie seriale w TV. jak leci. ale zadzwonil, wzial i mnie zrobil - to przyjechalam. a teraz siedze po nocy sama, o nie przepraszam, z miauczaca kotka, ktora mi urodzi lada moment stado rudych kociat. no, ale poza tym SAMA - i pakuje CALA RODZINE. po pierwsze, na wakacje. po drugie, na przeprowadzke. cholera, po co nam tyle rzeczy? mam ochote to wszystko do wora i na smieci. do diabla. dobrze, ze w przeblysku geniuszu kupilam na lotnisku butelke baileysa. litrowa. tylko mi nie mowcie, ile to ma kalorii...

Monday, July 09, 2007

no i prosze

kto by sie spodziewal. drugiego lipca na operacyjnym stole, a dziewiatego juz w londynku przed swoim wlasnym osobistym monitorem. postep medycyny wzbudzil we mnie nieopisany podziw. pan doktor wprawdzie lekko sie ze mnie nabijal twierdzac, ze teraz to wygladam juz jak weteran jakiejs pomniejszej wojny sadzac po ilosci blizn na moim ciele, ale ja je wszystkie lubie. czytac mnie mozna, jak ksiege:) albo ogladac jak film. prawie juz w pelni sil (tylko na solarium nie moge isc i bledne w oczach) powrocilam, by pomoc pakowac i przenosic sie i patrzec, jak brzuch rudej dziunki rosnie z dnia na dzien. krotki okres rekonwalescencji w domu rodzinnym spedzilam ogladajac ostatnia serie sex and the city, co zaowocowalo miloscia goraca do bohaterek. wiem, ze ten serial to juz przeszlosc, ale nigdy wczesniej sie na niego nie zalapalam. prawdopodobnie bylam za mloda:) teraz to rozumiem, o co chodzi i jestem fanka samanthy. genialna laska! w ramach relaksu miedzy kolejnymi odcinkami prowadzilam terapie rodzinna mojej rodziny. czy tylko ja nie moge wytrzymac ze swoja rodzina dluzej niz trzy dni, czy wszyscy tak maja? nastepnie przezylam lekkiego stresa, kiedy dowiedzialam sie na lotnisku, ze moj lot zostal odwolany, a ja nic o tym nie wiem. to znaczy dzwonili, ale nikogo nie bylo w domu:) no przeciez moglam siedziec i czekac przed telefonem, jak porzadna pasazerka. nie ma tego zlego, bo zamiast tanimi liniami, o ktorych jakosci nie musze sie wypowiadac, bo wiadomo, dlaczego sa tanie, polecialam sobie lotem. i tu zaskoczenie: TAM lecialam british airways. teoretycznie powinien byc wypas. praktycznie, ba do wschodniej europy wysyla samoloty wygladajace gorzej niz te ze wspomnianych "tanich linii". siedzenia sa stare, brudne i podarte, a w ramach wliczonego w cene biletu posilku dostalam zimna, polsucha bule i kubeczek wody mineralnej. bosko. Z POWROTEM - LOT zaoferowal przyjemny, czysciutki samolocik z ladnymi stewardesami, goracym posilkiem w dwoch wersjach do wyboru i nieograniczona iloscia napoi lacznie z winem w 200ml buteleczkach. dla rownowagi obydwa loty byly opoznione godzine:) hm, bedziemy wspomagac polskie lotnictwo:) chlopaki pojechali wlasnie gdzies na chwile i to moja szansa na dostanie sie do kompa, bo generalnie stanowisko jest oblegane. a za chwile wakacje:) ja to jestem szczesciara co?

Sunday, July 01, 2007

to ostatnia nieeeeedzieeeela

jutro, bedac mloda pacjentkom, zostane oddana w rece pana doktora, ktory obiecal, ze za bardzo mnie nie pokroi. nie boje sie wcale, bo na stole operacyjnym lezalam juz kilkukrotnie. najbardziej lubie stan po tej pierwszej tableteczce (o jak ja bym chciala w domu miec takie tableteczki), tej przed zastrzykiem usypiajacym. najbardziej nie lubie wybudzenia z narkozy. stara weteranka ze mnie. ide zaraz kupic sobie szlafroczek i pizamke, bo z domu ZAPOMNIALAM:) no i jakos milo spedzic te ostatnia niedziele z moja przyjaciolka matusia na zakupach w zlotych tarasach. a co mi szkodzi. tylko pic juz dzisiaj nie moge:(

Wednesday, June 27, 2007

przyszla nie wiadomo skad

przyszla nie wiadomo skad. prawdopodobnie od sasiadow:) wpada na chwile, zeby sie najesc i troche poprzeciagac. jest sliczna. i w ciazy i mamy jednak z lwem nadzieje, ze MA jakis dom, a nas tylko odwiedza. bo mnie juz nie ma na wyspie, a lev wyjezdza tez za dni pare. nie moze wziasc ze soba kotki w ciazy... raczej:)) nastapila wymiana flatmate'a. zamiast mnie jest w domu jeden z mlodych lviatek. ten starszy. ja juz (z niezupelnie czystym sumieniem, bo zostawilam swojego chlopaka z tym calym balaganem samego) relaksuje sie w stolycy. jak zwykle uroczo. centrum rozkopane, jakby czolgi przejechaly. w moim hotelu jest remont (swietnie, normalnie jak w domu, bo w londynie za oknem tez mialam remont). juz sie zaopatrzylam w zatyczki do uszu. no i wlasnie wrocilam z kina z moich najpiekniejszych, ukochanych piratow z karaibow. cudny. poprosze nastepna czesc:)))) jutro koncert apteki, ale sie chyba nie skusze, no nie wiem... ide poogladac polska telewizje. cmok

Saturday, June 23, 2007

z

z pieciu rzeczy, ktorych nie lubie najbardziej, to pierwsza jest: NIE LUBIE wracac do pustego lozka. NIENAWIDZE

Saturday, June 16, 2007

tego nie wie nikt

nigdy nie mialam zbyt wysokiego mniemania o sobie. w sensie o swojej inteligencji. a dzis zdecydowalam sie uzyc maseczke firmy vichy, ktora uzywalam juz kilkakrotnie wczesniej. tylko szczypala troche. no i DZISIAJ zdecydowalam sie przeczytac, co na tej maseczce napisano. i napisano na niej, ze to jest krem do MYCIA TWARZY. nic na temat "zostaw to cos na twarzy na 15 minut i bedziesz piekna forever". skad mi przyszlo do glowy, ze to jest maseczka?

Friday, June 15, 2007

oj

12 dni, 576 godzin. 3456 minut.

Tuesday, June 12, 2007

jeszcze tylko 15 dni

bilet juz kupiony, wszystko, co wazne, dopiero ma sie wydarzyc, a ja najchetniej zostalabym w domu ubrana w szlafrok oblany wczorajszym jajkiem:) just like that

Friday, May 11, 2007

a gdybym byla

chcialabym zostac na chwile gornikem, zeby doswiadczyc, jak ciezko ludzie pracuja za marne pieniadze i wtedy docenic to, jak glupia i prosta jest moja praca...

Thursday, May 03, 2007

placzaca krolewna

po spiacej krolewnie, ktora myslala, ze wszystko jest ok, nadszedl czas na placzaca krolewne. moja osobista teoria (i praktyka) mowi, ze kazdy powinien sie wyplakac raz na jakis czas. dla mnie ten czas byl wczoraj. wylalam morze lez, zbeszczescilam wszystko i wszystkich. swoiste katharsis. kropka nad i, przelana kropla, duzo alkoholu i poszlo. biedny levek musial tego wszystkiego wysluchac i stawic temu czolo w miare swoich zaspanych i tez nie najwiekszych natenczas mozliwosci. mam nadzieje, ze juz po wszystkim:)

Tuesday, May 01, 2007

spiaca krolewna

nie wiem, kiedy TO sie stalo. mysle, ze gdzies miedzy piatkiem a sobota. musialam sie ukluc, albo zadrapac. w sobote jeszcze sie trzymalam w miare, choc juz czulam pierwsze symptomy. w niedziele juz bylo pozamiatane. od soboty wieczorem do dzisiejszego poranka (okolo 56 godzin) spalam. non stop. z krotkimi przerwami na siku. jedna dluzsza okolo godziny na ugotowanie obiadu i powieszenie prania. lewek jest kontuzjowany i tylko dlatego wstalam. inaczej wogole nie ruszylabym sie z lozka. myslalam, ze jak w jeden dzien np. cala niedziele odespie tydzien, to mi minie. w poniedzialek okazalo sie, ze jest gorzej. dzis wstalam i ubralam sie. wiem, ze gdybym choc na chwile polozyla sie na lozki, usnelabym natychmiast. i sny. wiadomo, jak dziwne sa sny. w moich ostatnich snach wystepuje wiekszosc znanych mi osob, w roznorakich kombinacjach i sytuacjach. byl nawet jeden zlot satanistycznych sadomasochistow. ide na fitness. moze troche ruchu mnie uzdrowi. bo przeciez kiedys musze pojsc do pracy:)

Monday, April 23, 2007

18.53

musze isc do pracy, a tak wlasnie zjadlam batonika i poczulam sie swietnie, ze nawet moglabym posta napisac. a tu niestety. pocieszam sie mysla, ze mam jeszcze drugiego batonika, nowe glamour i 45 minut w autobusie. bedzie fajnie:)))

Thursday, April 19, 2007

modlitwa

panie boze albo kimkolwiek jestes, prosze zabierz mnie stad dokadkolwiek, a bede ci wdzieczna do konca czegokolwiek. podpisano. ktokolwiek. UPDATE (po wyspaniu sie) panie boze albo kimkolwiek jestes, zmienilam zdanie. nie zabieraj mnie dokadkolwiek tylko najlepiej na jakas fajna wyspe np jamajke, kube albo bermudy. seszele tez moga byc. i jeszcze jakbys dorzucil jakies kieszonkowe. niekoniecznie skromne. caluje

Tuesday, April 17, 2007

mam bloka na bloga

po tej przerwie technicznej wciaz nie moge dojsc do wczesniejszej kondycji pisarskiej. i nie mam weny. i czasu tez nie mam. a tyle sie dzieje tej wiosny. powinnam notowac to skrupulatnie i ilustrowac fotkami, bo nie wiem, czy mi sie jeszcze zdarzy taka busy wiosna. po pierwsze znow jestem blondynka. dzis zdjecia nie pokaze, bo nie chcialabym uwieczniac swego wizerunku bez makijazu i po calej nocy spedzonej w pracy na ziewaniu. zachowajmy pozory po drugie przeczytalam swietna ksiazke wlasciwie trzy pod rzad jedna o carycach rosyjskich. polecam naprawde, wzmacnia kobieca osobowosc:) druga o japonii. bardzo osobiste podejscie. toczy sie jak powiesc i teraz juz na pewno chce tam jechac, a ksiazke wezme ze soba jako przewodnik. no i skonczylam topora cztery roze dla lucien, tak dla przypomnienia. jest okej. reszty tytulow nie pamietam. jak ktos zainteresowany prosze przyslac podanie ze zdjeciem na adres comments. to tyle z samorozwoju. poza tym rozpoczelismy z lvem prezna akcje poszukiwawcza. no lev narzucil takie tempo, ze na pewno niedlugo znajdziemy. jak znajdziemy to, co chcemy, to nie omieszkam powiadomic. a to tegoroczny hymn wiosny http://www.youtube.com/watch?v=gY00If2Uapw&mode=related&search= niestety, mimo staran nie udalo mi sie go w stawic w ladniejszej formie, bo prowadze mala potyczke z you tube (szeptem) mimo wszystko... ze spiewem na ustach... ide spac. update:) na gorze (czemu te cholerne zdjecia zawsze sie wstawiaja na gorze)

Sunday, April 15, 2007

wiosna, cieplejszy wieje wiatr

wiosna po calosci, a dzis to nawet wygladalo na lato. wkoncu. spodziewam sie dlugich, cieplych i slonecznych dni, z ktorych korzystam pelna energii i swiezego optymizmu...

Sunday, April 08, 2007

most dangerous chicken in town

pokonalam trudnosci techniczne, czasowe i psychologiczne. wrocilam z grozna mina oraz obietnica, ze tym razem nie odpuszcze. bede pisac:)